Nawiedzony, wynocha z moich znajomych!

Parę ładnych lat minęło, odkąd wprowadził się do Polski zawodowy zwyczaj posiadania konta na Linkedinie. Modnie mieć teraz wpisane obok nazwiska: CEO, Vice-President, Director, Mentor, ale pod płaszczem tych nic nie znaczących dla reszty Twoich pseudo znajomych – nazw łechtających tylko i wyłącznie Twoje ego – zachowanie niektórych ludzi na tym biznesowym portalu, zwłaszcza z takimi stanowiskami – zakrawa o paragraf. Bo tak jak na ulicy możesz spotkać „kolorowego ptaka” (odzieżowo lub mentalnie) – tak samo nawiedzonych idiotów ubranych w zawodowe pagony, w biznesowych społecznościach, nie brakuje.

Obserwując zachowania ludzi którzy się na LinkedINie „wypowiadają”, coraz częściej mam ochotę skasować konto. Ale nie mogę…Bez niego trudno byłoby mi robić swoją robotę. Udało mi się więc znaleźć trochę czasu na przejrzenie mojej listy kontaktów, na której – jak się okazało – mam więcej ludzi, których nigdy na oczy nie widziałem i z którymi nie rozmawiałem. Skasowałem w pierwszej kolejności wszystkich lansujących się kołczów biznesu, którzy choć są tacy światli i obdarzeni darem krasomówstwa, nigdy własnego biznesu rozwinąć poza jednoosobową działalność -nie potrafili. W dalszej kolejności pousuwałem ludzi, z którymi nigdy 2 zdań nie zamieniłem, a w skrzynce nie mam ani on nich- ani oni ode mnie, żadnej wiadomości. 

Zrobiłem to perfidnie, z ogromną satysfakcją po tym jak naoglądałem się, jak Ci VP managerowie, ewangeliści, wizjonerzy i kołczowie wrzucali w swoich postach sentencje jakiś “mistrzów” polskiego biznesu, w stylu:


„Nie zdobędziesz pieniędzy, jak nie będziesz ciężko pracować”

„Każdy kolejny dzień przybliża Cię do sukcesu”

„nie pędź tak, odpocznij, pieniądze to nie wszystko”

Really?? Ja się pytam, gdzie się kupuje ludzi, którzy to lajkują, biją brawo i piszą:


“Łooo, szacun! Mądre słowa!”

„zmieniłeś moje życie!”

„Pięknie powiedziane”

Oczywiście pytam retorycznie – wszyscy wiemy..tam gdzie chcesz zarobić pieniądze! Tam, gdzie na konferencji spotka się dwóch typów co wzajemnie cyklicznie „polubiają” swoje posty i jeden drugiemu próbuje coś wcisnąć. 

Tam gdzie junior ściga dyrektora o podpisanie umowy i w ten sposób myśli że mu zaimponuje i wkupi w kieszeń.

Tam gdzie wartość znajomości i pragnienie bycia poleconym, ginie w zakłamanej treści wiadomości o „gratulacjach i podziwie”.


Parzą mnie łzy bezsilności, gdy widzę tych moich znajomych, kumpli i dziewczyny, z którymi się znam, lubię i szanuję – naprawdę wykształconych i mądrych ludzi, którzy tępo przyklaskują tym patologicznym postom. Smutne to ale prawdziwe, bo nie widziałem jeszcze napisanego przez tych mistrzów cudzego słowa motywacyjnego i wirtuozów jazdy na cudzym grzbiecie – własnego tekstu (choć specjalistami od copy-pase są wielkimi). To trudne, przejść na drugą stronę weneckiego lustra społecznego i wystawić się ludziom na ocenę wiarygodnością własnych spostrzeżeń – coś o tym wiem, bo w obecnych czasach krytyka jest pierwszą muzą czytelnika. 

Chce aby tacy właśnie ludzie, klakierzy Linkedinowi trzymali się z dala od mojego profilu, nawet jeśli chcą mi w jakiś magiczny sposób pomóc. Ja im nie pomogę. Zapraszają? Podziękuję i zachowam to miejsce dla kogoś o większej selektywności publikacji biznesowych.

Współczuję jednocześnie wszystkim prawdziwym i pomocnym coachom biznesu i zdrowia, którzy cholernie ciężko pracowali, aby być tam gdzie są i faktycznie pomagać tym, którzy chcą im zaufać – to na nich spada ciężar całego syfu, który Ci wieszcze biznesowi produkują.


Wiem że wam też ich posty wyświetlają. Nie dajcie się zwariować.

Nie bijcie braw ludziom, którzy dzięki wam budują zasięgi swoim „mądrościom”- nic dla nich nie znaczycie, a wasze „ochy i achy” są wodą na młyn ich ego.

Nie dajcie się złapać na osobiste historie, że ktoś jest DDA, odkrył boga na nowo lub ma ciężko w życiu – oni nie piszą tego bo was lubią – powiększają sobie zasięgi, bo chwytliwy tytuł i wstęp zrobi robotę. Przestańcie współczuć ludziom, którzy na swojej prywacie budują swój profesjonalizm. Jak każdy z was, też mam swoje problemy, ale nie zarabiam nimi na życie.


Więc jeśli chcesz dobrze wypaść zapraszając kogoś do kontaktów, poniżej wrzucam kilka lepszych wskazówek, dotyczących nawiązywania znajomości:

Jeśli masz  do kogoś interes, nie wysyłaj pustego zaproszenia. Napisz w zaproszeniu, o co Ci chodzi – najprędzej dowiesz się czy odbiorca odwzajemni Ci się przyjęciem zaproszenia, czy nie przyjmując go powie Ci że ma Cię gdzieś.

Nie pisz „zapraszam do grona znajomych” człowiekowi, któremu chcesz coś sprzedać. On po Twoim profilu będzie wiedział czego tak naprawde chcesz, więc nie ściemniaj.

Nie pisz „zapraszam do obserwowania mojego profilu” bo śmiechu odbiorcy nie zobaczysz, tak jak odwzajemnienia Twojej chęci. 


Napisz po co chcesz nawiązać kontakt. Po prostu. Szczerze. 

Odchodzę

Pracę zmienić jest bardzo łatwo – wystarczy chcieć i zrobić krok więcej niż tylko wysłać ogłoszenie. Ale zmienić na taką, w której zostaniesz dłużej niż rok – to mega sztuka. Więc zanim sprzedasz duszę diabłu za kilka stów więcej, będziesz mieć medicover zamiast luxmedu i miejsce parkingowe pod biurem za free – upewnij się że nie palisz mostu, na którym nadal stoisz. Bo Ciebie zaboli najbardziej.

Tak mi się życie ułożyło, że nigdy z roboty nie uciekałem – nie musiałem kłamać że „nie rozwijam się” czy „dostałem lepszą propozycję”. Większość firm do których trafiłem, ugościła mnie na tyle rozsądnie długim okresem, żebym mógł pokazać co potrafię i nauczyć się wystarczająco dużo, aby starać się szukać czegoś nowego..

Ale nie o mnie tu dzisiaj będzie. A o tych wszystkich was, co mylicie odwagę z głupotą..

Zacznijmy klasykiem: 

Niezaprzeczalnym zwycięzcą w rzucaniu papierami dla mnie jest gość, który swojemu szefowi przesłał skan wypowiedzenia (w dodatku ..podpisany) mailem. I gdyby szefa nie było w pracy, to jeszcze bym zrozumiał – może się chłopakowi spieszyło…Zgrozo..jego szef siedział na przeciwko!! Ale fakt – spieszyło mu się, bo po tym – spakował się i wyszedł. Nie wrócił.

Pomyślisz …naciągany żart! Heh, też bym tak pomyślał – gdyby mnie tam nie było! I mógłbym rozpisywać się o formach składania wypowiedzenia, komentarzach i personalnych epitetach towarzyszących ludziom w takich chwilach, lecz czy nie fajniej byłoby wreszcie wejść na stół jak Jarek na taboret przed pałacem i opierdolić was, drodzy rezygnujący z pracy, za bezczelność, dziecinne zachowania rzyganiem rtęcią na prawo i lewo, a zwłaszcza za brak rozmowy, że coś jest nie tak?

Ale po kolei:

Przychodzi taki dzień w pracy, gdy odbierasz telefon i słyszysz „gratulujemy wygrane rekrutacji – zapraszamy do nas!”. To, co dzieje się z człowiekiem po usłyszeniu w/w słów -opisali sami spytani:  „ulgę, że mogę stąd uciec”. I to jest spoko, bo każdy ma prawo czuć satysfakcję z podjęcia kolejnej zawodowej decyzji. Ale to w jaki sposób ludzie rozstają się ze swoimi obowiązkami, ludźmi z którymi spędzają połowę czasu i forma -to już nie jest OK. Mało tego – o tym mało się czyta w branżowych wypocinach. Pewnie że bardziej sexy jest nakręcanie ludzi na zmianę pracy (bo przecież gołym okiem widać że firmy przepłacają sobie ludzi nawzajem), ale chciałbym gdzieś przeczytać, jak pozostawiać sobie dobre wrażenie – zamiast jedynie robić je na rozmowie o pracę.

Każdemu życzę, żeby zmienił pracę na taką, w której zostanie. Ile? Tyle ile będzie Ci ona sprawiała satysfakcję i kasa będzie się zgadzać..hehe.

A co potem? Co jeśli to się skończy? No właśnie..

Dziś, siedząc po stronie firmy widzę, jak łatwo przychodzi ludziom rzucenie papierem. Nie mówię, że nie walczysz w głowie, nie rozmawiasz w domu i nie słuchasz znajomych. Mało jest osób, które są w stanie przyjść do swojego szefa i powiedzieć, że coś nie gra. Nie jest sztuką wyjść i pierdolnąć drzwiami – to potrafi każde dziecko, ale 

Nie chcę się wypowiadać za większość lub wszystkich, ale myślę że dopóki masz otwarty dialog z szefem – zanim zdecydujesz się położyć papier – idź i pogadaj. Pewnie będą emocje, płacz czy łzy, polecą ze trzy kurwy – ale jeśli nie masz szefa idioty – zrozumie że Ci cholernie zależy, a nie że chcesz się po prostu wyrzygać.

  • A co jeśli nie mam?
  • …..

To trochę jak w związku – nie przyjdziesz i nie powiesz z dnia na dzień „ej, odchodzę”, spakuje. To niemoralne. Wiadomo, jak Ci zależy, to choćby nawarstwiło Ci się milion bzdur które urosły do ósmej potęgi i sprawiły że „inaczej się nie da” – przyjdziesz i pogadasz – czemu? bo Ci zależy, bo chcesz żeby druga połówka zrozumiała gdzie leży problem,itp.  Jak nie nie reaguje – zaczniesz mówić „głośniej”. A jeśli nie usłyszy – odejdziesz – tak mi się przynajmniej wydaje, że jest najuczciwiej.

A w pracy? 

Tu jak widać nie mamy skrupułów. Tu nie potrzebujemy się aż tak starać. Bo niby po co?

Tu płacą nam za robotę i jak nam nie pasuje to radź sobie pracodawco beze mnie. Ktoś inny wykupi mój czas i będzie bardziej. Wszystko będzie lepsze!

I tak sobie myślę, po co wam, drodzy pracownicy, szkolenia z komunikacji (której podobno wszystkim zawsze brakuje), korporacyjnego „feedbacku” – skoro na koniec dnia i tak każdy boi się przyjść i powiedzieć co nie gra. Większość ludzi których spotykam wychodzi z założenie że nie warto, bo jeszcze zwolnią mnie pierwszego.A poza tym nikomu nie muszę się tłumaczyć. 

Chcesz zmienić pracę na lepszą?

 

Umów się na 15-minutową, bezpłatną analizę swojego CV i przygotuj się do rekrutacji lepiej niż inni!