Na zbity pysk, czyli otrzep się i do roboty!

Choć rzygam już codziennymi wpisami jak to jest źle i olaboga, trochę jest tak, że wczorajsza historia zabrała pióro wszystkim wizjonerom i bardom biznesu, robiąc ze wszystkich klakierów i widzów przesłodzonych konferencyjnych prezentacji – idiotów. Widzę ludzi z firm (które szanowałem jako pracodawców, śledząc ich napompowane marketingowe oblewanie się szampanem sukcesu) zatrudniających setki ludzi i z dnia na dzień zwalniających tych, którzy dla tego sukcesu poświęcili małżeństwa, nadal leczone zdrowie, lecz i swoje prywatne pasje (uśmiejesz się, lecz ile razy Tobie zdarzyło się zostawić trening/jogę/sylwestrową obietnicę nauki angielskiego 2 razy w tygodniu?) wmawiając sobie “muszę to skończyć”?

 

Jebło zdrowo,co?!”, (w tych i podobnych słowach) powtarza przynajmniej co trzecia osoba która przede mną w Biedronce i rozmawia przez telefon, lecz zamiast “damy radę”, ciągle słyszę “jakoś to będzie”. Jakoś jest nijakie, definiuje jedynie niezaplanowane przetrwanie i akceptację czegokolwiek. To nie jest enough (nie dla mnie) choć wiem ,że niektórym tyle do szczęścia wystarczy. I szacun.

I po (jak na mnie przystało – normalnym, choć dla ludzi “ą-ę” jak zwykle będzie to niepoprawne i za mocne) dzisiejszym artykule mam nadzieję że dwie lub trzy osoby znajdą w tym sens i motywację do zejścia z kanapy.

Bo pewnie mógłbym, jak większość obecnie, napisać kolejnego posta o wirusku, home offisku, stać się samozwańczym mistrzem porad o szukaniu pracy (a “ą-ęki” bardzo lubią takie posty, oh well, są ostatnimi dla których to piszę). Tylko po co? Jesteśmy dorośli, każdy poznał w szkole etymologię i definicję słowa “kryzys”, “bezrobocie” i “przyszłość”. 

Nie wpieprzam się nikomu w portfel, oszczędności, ale do cholery, co się musi wydarzyć, żeby chcieć spróbować nowego? Ja wiem, to wymaga odwagi, przereklamowanej pokory i ambicji, której niestety ludziom brakuje. 

Spróbuj, bo masz zajebistą okazję udowodnić sobie, że nie umiesz (lub wręcz odwrotnie).

Dlaczego w tej kolejności? Bo wiem, że nie będzie Ci się chciało wpisać w google “jak sprawdzić, czy mój pomysł na biznes ma sens?”. To spowoduje lawinę nowych stron/linków/artykułów/narzędzi które trzeba będzie poznać, aby z pomysłu (który jest wart tyle ile kawa, na którą Cię ktoś zaprosi żeby o nim pogadać) i niepoukładanych myśli – stworzyć coś, wartego uwagi. Ale nowe, wymaga ochrony – stać Cię na taki komfort? Dasz radę przez następne 6 miesięcy dzień w dzień przyjmować “nie dziękuje, my już mamy” lub pogodzić się z brakiem odpowiedzi na setki wysłanych wiadomości?

Jeśli nie dźwigniesz powyższego, to “jutro” znowu będziesz w pracy. Jakiej? Kto wie, może jako były manager reklamy w korpo będziesz rozwozić żarcie pod drzwi, może chwycisz za kierownicę i będziesz rozwozić paczki po domach. A może twister zawodowy Ciebie tylko liźnie i po wszystkim z orgazmem euforii bezpieczeństwa, ocierając kroplę zimnego potu drżącą ręką, wrócisz do swojego biurka i dalej będziesz robić swoje. Tylko patrząc na biurko naprzeciwko przez chwilę pomyślisz o kimś, kto miał mniej szczęścia i niestety jego linijka w Excelu była niepotrzebna.

 

Rynek nie lubi próżni, a Twój wstyd ma w dupie

 

Uwierzysz, jeśli Ci powiem że znam 4 managerów, którzy obracali milionami, stawiali e-biznesy a teraz rozwożą paczki, stawiają ludzi na nogi (zakuwając przez 2 lata po nocach fizjoterapię) i uczą się elektryki żeby w remontach robić. 

Oni jeszcze nie zarabiają  jak wcześniej, ale są szczęśliwi, spełnieni i choć ostatnie zero w przelewie kosztuje więcej niż wczoraj i ciężko się przełyka niepewność miesiąca w obecnych czasach, to oni są moimi bohaterami (tak, lekarze też, żeby nie było).  Zdeterminowanymi i zawziętymi, a co najważniejsze uśmiechniętymi ludźmi. Oni nie potrzebowali coachów biznesu, mentorów, doradców i wizjonerów, którzy wszyscy się obecnie pochowali.Przypadek? Akurat, gdy trzeba było udowodnić swoje słowa i użyć defibrylatora reanimując ludziom miejsca pracy – oni, wsadzili głowę w piasek, a przy dźwięku ich łamiącego się o wyschnięte źródło budżetu na ich usługi – pustego dzioba, ludzie, którzy byli zależni od ich decyzji, zostali dziś na bruku.

 

Nowe wzorce

 

Gość który wymyślił biznes Pan Kanapka, usługujący wam – porannym głodomorom, leniom kulinarnym, potrafi zebrać oszczędności na parę miesięcy do przodu i uratować połowę miejsc pracy. 

Właściciel małej agencji potrafi oszczędzić swoje zyski zamiast brać kolejne auto za miliony w leasing, usiąść z ludźmi do stołu, (uwaga) poprosić żeby wzięli należne im urlopy płatne/ bezpłatne i powiedzieć “chcę z wami dalej pracować, bo za chwilę będzie lepiej)

Szef kilkudziesięcioosobowej firmy ( software house’u)  potrafił schować trochę grosza na czarną godzinę, bo wiedział że w końcu kiedyś pierdolnie. A programiści drugi raz nie przyjdą do firmy, z której raz im podziękują. 

Tylko dlaczego ludzie, którzy mają czelność tytułować się Chief Executive cośtam, uśmiechać się w blasku fleszy na pierwszych okładkach gazet, wypierdalają ludzi z dnia na dzień na pysk? Bo milionowe zyski nie pokryją niepewności 4 miesięcy i trzeba ratować swoją dupę?

Bajki o przyjaźniach, na zawsze wiernych obietnicach szczerości i partnerskiej współpracy zsunęły się jak Leo z drzwi Tytanica w zapomnienie,  wraz z odgórnym mailem “zwolnij” od Zarządu. I nie winiłbym Twojego szefa – on też ma ludzi, którzy mówią mu, co ma robić – cóż, taki świat. Nawet CEO ma szefa, gwarantuję Ci – 100 razy gorszego od Twojego.

Liderzy biznesu i Pracodawcy Roku od wczoraj noszą dla mnie inną pelerynę. Niewidzialną, tę bez garnituru, założonych z pewnością siebie rączek na zdjęciach. Uszytą z troski i pracy u podstaw, której nigdy w CV u nikogo “ważnego”, nie przeczytałem.

Więc kiedy skończysz już odmawiać pacierz swoich drewnianych niespełnionych planów, jak źle się stało i dlaczego Ciebie to dotknęło, zamknij oczy i zastanów się, jak kopnąć się w dupę, bo za chwilę – pewnie dłuższą  – wszystko wróci do “normy”. Nie tej, którą pamiętasz z przed 2 miesięcy – o niej zapomnij. Innej, pełnej nowego stresu, nieprzespanych nowymi problemami nocy i na nowo powtórzonych, tych samych choć jakże inaczej ubranych, błędów. 

Lecz zależnej od Twojej jutrzejszej decyzji, jak życzę Ci- innej od wczorajszej.

Dobrze Ci życzę, niemniej jak powiedział Kwinto w Vabanque, trzeba było uważać..

 

P.S. Jeśli czujesz, że ten artykuł wnosi fajną wartość – wyszeruj lub kliknij 👍

 

Na zbity pysk – 2 minutowy TRAILER..

Patrząc na wszystkie ostatnie piękne i poprawnie politycznie posty o rozstaniach bez żalu, w przyjaznej atmosferze i sceny machania w drzwiach ze łzami w oczach, żegnając super szefa i prezesa – zanim soczyście zaklnę w środku na tych co po prostu – pierdolą (bo nie uwierzę, że komuś radość w głowie grała pierwsze skrzypce a myśl o armagedonie domowego budżetu- zeszła na drugi plan, dając upust fałszywym “ej, spoko, rozumiem” emocjom). I choć dobry obyczaj mówi, aby po sobie nie zostawić złego wspomnienia, tak o tym chyba Ci prezesi – niegdyś na pierwszych stronach gazet – dziś, w kuluarach zwalniający, patrząc na tabelkę w Excelu, zapomnieli…ale dajcie szubienicy jeszcze chwilę samotności..są tacy co nie potrafili zarządzić firmowy budżetem na 5 miesięcy w przód, żeby ludziom, dzięki którym ten budżet istniał i był na plusie, dać poczucie realnej (nie tej, corocznej wigilijnej utopii bycia “niezatapialnym”) wizji przyszłości i pewności jutra. Oczywiście że są tacy, co nie potrafili odkleić się od swoich udziałów, walcząc o swoje JA (a mogąc “spuścić” część z nich, rozwodnić siebie i uratować kilka miejsc pracy), bardziej niż o ludzi, dzięki którym tyle im się dziś należy. Ale zanim wrzucisz do tego samego kotła człowieka który musiał Cię zwolnić, fizycznie, z człowiekiem który nawet ręki Ci nie uścisną na odchodne i w dupie ma co z Tobą będzie dalej..zadaj sobie pytanie, czy na pewno nie będziesz sobie pluć w brodę, że można było temu zapobiec i zmienić, zanim kosa zaczęła zbierać swoje nieuniknione od 3 miesięcy, zawodowe żniwo..

W piątek, pełny tekst na www.idenarozmowe.pl/blog

Dylemat

A: oho! Kolejny….! – rzuciła Anka do koleżanek z HRu na open spejsie, wymachując w górze CV, dumnie unosząc swoje ego, które o mały włos walnęło by o sufit.. 

B: ale się porobiło, nie? Rzucają pracę co chwila i myślą że my naiwne jesteśmy i uwierzymy ckliwym tłumaczeniom – odpowiedziała Beata, (2 lata doświadczenia w rekrutacji, od pół roku Specjalista) wychylając głowę zza monitora.

Ania poświęciła 8 sekund na zapoznanie się z CV (pora nazwać naszego bohatera, przypadkowo oczywiście) Kuby. Skanując jego życiorys, niczym puma sawannę o poranku w poszukiwaniu soczystego śniadania, skupiła się na ostatniej firmie: zakres obowiązków – zgadza się, staż w ostatniej firmie: 4 miesiące. “Do widzenia” – rzuciła w myślach, odkładając jego życiorys do wiecznego archiwum – szuflady z podobnymi “przypadkami”, którą raz na kwartał opróżnia, oddając do zniszczenia, spalenia, czy innego unicestwienia – anyway, to już nie jej sprawa, co się z tym stanie.

Lecz pewnie czytałaby jego CV dalej, a może i w konsekwencji zarekomendowała do spotkania z managerem, gdyby nie fakt, że na studiach uczyła się zbyt pilnie i za bardzo wzięła sobie do serca zdanie, zasłyszane na jakimś durnym gościnnym wykładzie z rekrutacji „jeśli raz zmienił pracę po 3 miesiącach to może być przypadek, jeśli drugi – to i zaraz znowu zmieni”.

Nie weźmie więc na siebie ryzyka konsultacji z szefem działu sprzedaży, dla którego rekrutuje – raz już się pośliznęła na kandydacie, który nie przyszedł na spotkanie (a którego tak zachwalała) – teraz musi być ostrożniejsza. 

 
(Po drugiej stronie lustra)

Kuba (7 lat doświadczenia w sprzedaży, piął się po zasłużonych szczeblach kariery w dwóch firmach, awanse, wyróżnienia, zamyka sprzedaż po ludzku, bez skryptów. Regularnie. No kozak.) 

Niestety, musiał poszukać zmiany, ponieważ po 6 miesiącach od rozpoczęcia, jego szef dostał ofertę życia i uciekł do konkurencji, a na jego miejsce przyjęli typowego „do it, teraz” kołcza, który bardziej od świecenia przykładem, mantrował o wychodzeniu ze strefy komfortu. No nie szło się dogadać, o normalnych relacjach nie wspominając. Odpowiedział na kilka ogłoszeń i dostał zaproszenie na spotkanie. Po prawie 3 godzinach siedzenia w startupowym biurze (no dobra, w zwykłym mieszkaniu w bloku), dzwoniąc do żony rzucił “chyba mamy to!”, nazajutrz dostał ofertę – postanowił zaufać swojemu przyszłemu szefowi. Taki „łebski i normalny ziomek”- pomyślał, a że rozmowa była „na luzie”, to  spośród pozostałych dwóch ofert, które otrzymał na podobne stanowisko, postanowił zawierzyć swojej intuicji.. Co go przekonało? Usłyszał, że zostanie dyrektorem. Musi tylko sprawdzić się w boju i (po raz kolejny w swojej karierze) udowodnić, że potrafi sam dowieźć wynik. Niestety, perspektywę świetnych „partnerskich i opartych na zaufaniu” relacji – zweryfikował po pierwszym miesiącu niezadowalający poziom sprzedaży. W efekcie, zamiast skupic sie na umawianiu spotkań, z tyłu głowy czuł oddech swojego szefa śledzący każdy jego krok, mail, nie wspominając już o wspólnych spotkaniach u klientów, na których nie dane mu było się odezwać. Wiedział, że nie dociągnie do trzech miesięcy w tej atmosferze. Wiedział, że pierwsze o co go spytają na rozmowie to „czemu znowu chce zmienić”? Robotę rzucił, lecz tym razem, telefon milczy. 

 

Agata

Agata wysyłając swoje CV na to samo ogłoszenie co Kuba pomyślała, że jeśli wymagają 3 lat doświadczenia, a ona rok była co prawda na etacie (w tym 6 miesięcy w „polu” a pozostałe 6 miesięcy na zwolnieniu lekarskim i 2 lata na macierzyńskim i wychowawczym) – to spełnia oczekiwania idealnie. Przecież nie mogą jej zapytać na rozmowie o dzieci więc jeśli dobrze obmyśli strategię, to powinno się udać (jej szefowa chwilę przed nią też zaciążyła, więc niedługo potem zostały całkiem bliskimi koleżankami od pieluch – gdyby jakiś przyszły pracodawca pokusił się o sprawdzenie referencji, dostanie idealnie wiarygodne – już to przegadały podczas parkowych spacerów z wózkami).

Kiedy zadzwoniła Ania, była w trakcie odprowadzania córki do żłobka na adaptację (podkład dźwiękowy ze spazmów dochodzących z wózka, nie pomagał w rozmowie) więc poprosiła jedynie o wysłanie szczegółów na maila.

Ogłoszenie, na które zaaplikowała przypomniała sobie dopiero otwierając linka w mailu zapraszającym na spotkanie. Nie było to co prawda stanowisko marzeń, ale trzeba iść, “sprzedać się” i może coś lepszego znajdzie się w trakcie.

 

Maciek

Jego po 2 miesiącach z ostatniej firmy wyrzucili za picie. Nie za to, że przeholował na kilku imprezach i wychylił za dużo – pił regularnie, przed pracą małpeczkę, po pracy już więcej. Nie złapaliby go, gdyby nie miał kiedyś spotkania u klienta, który siedział zbyt blisko i czując alko, po spotkaniu zadzwonił do jego firmy żeby pogadać z szefem Maćka. Na efekty długo nie trzeba było czekać, bo chłopak nie wyciągnął lekcji, przychodząc nazajutrz do roboty po “maluchu”.

W poprzedniej firmie natomiast, wytrzymali z nim 3 miesiące. Pewnie siedziałby tam dłużej, gdyby koleżanka z recepcji nie zdecydowała się wreszcie opowiedzieć w HRach o jego „szarmanckich” tekstach, zaproszeniach do pokoju na wyjeździe integracyjnym oraz tych nic „nie znaczących” muśnięciach ręką po jej biodrach. 

A z jeszcze poprzedniej- wyleciał za to samo. Tylko że szybciej, po 2 tygodniach.

Jego CV i profil na Linkedin idealnie współgrają ze sobą, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń: przez ostatnie 6 lat (i nadal) był konsultantem i pracował na projektach. Nazw firm oczywiście ujawnić nie może, magiczne zwrot „NDA” zamyka dyskusje o referencjach, prawdziwym zakresie obowiązków oraz zrealizowanych celach. 

Jak widać, nie miał problemów żeby dostać robotę – był mega wygadany i mówił to, co chcieli usłyszeć. Niby lisek, a jednak wiedział, że kiedyś szczęście przestanie się uśmiechać i trzeba sobie zrobić w jakiejś firmie dłuższy staż.

 

Rozwiązanie zagadki

Wszyscy troje wysłali swoje CV na koordynatora sprzedaży, a po stronie przyszłego pracodawcy, odpowiedzialną za proces rekrutacji osobą – była właśnie Ania.

Aplikację Kuby odrzuciła od razu,  mimo że, bo jako jedyny z całej trójki nie ściemniał w CV. Otwarcie napisał o długości swoich “przygód”. Był gotowy powiedzieć jak było (z jego perspektywy), lecz do tego potrzebna jest osoba po drugiej stronie, która zechce słuchać. Ale poziomu handlowca na papierze nie sprawdzisz. Niestety, dla niedoświadczonych HRowców, jeśli wasz staż nie będzie wystarczająco długi w jednej firmie, zostaniecie odrzuceni. 

 Maciek miał więcej szczęścia, ponieważ po uprzednim przejrzeniu 15 bezsensownych aplikacji, energii i motywacji Ani do sprawdzenia, co się kryje pod papierową taflą ściemy – tego dnia zabrakło. Nawet była pod wrażeniem projektów jakie ostatnio zrealizował – co bardziej ją utwierdziło w przekonaniu, że z takim doświadczeniem i stażem, może być kolejnym dowodem jej świetnej pracy rekrutacyjnej. Tak czy inaczej, zaprosiła go na spotkanie a on jak zwykle, nie zawiódł i “sprzedał się” perfect.

Agata na spotkanie poszła na mocnej spinie, ale że gadane również miała niezłe, nie dostała od (potencjalnego) przełożonego nawet 10 pytań, bo sama się rozgadała o klientach, życiu w trasie, dobijania do planu ostatniego dnia miesiąca, że nie zauważyli jak grubo uszyła sobie tę historię. 

Tylko Kuby szkoda, i wszystkich jemu podobnych ludzi, którzy nie kłamią, nie szyją i nie zakrzywiają rzeczywistości. Ufają, że po drugiej stronie siedzi ktoś kompetentny, dla kogo fakt rozstania z ostatnim pracodawcą po 3 miesiącach nie zawsze jest z winą pracownika. Mówią że “przychodzisz do firmy – odchodzisz od szefa”  – i mają rację. Ale dla śmiesznie rozkochanych w swojej władzy nad ludzkim losem HRowców, wchodzenie w szczegóły motywacji i powodów rozstania na etapie selekcji CV, jest ujmujące.

P.S: Imiona: przypadkowe.

P.S. 2: Przytoczone przykłady: prawdziwe

P.S.3: Jeśli czujesz, że ten artykuł wnosi fajną wartość – wyszeruj lub kliknij 👍

Jesteśmy kandydatami, nie superbohaterami!

Muszę przyznać, że umiejętność pisania ogłoszeń rekrutacyjnych, wzrasta (albo wreszcie zabrali klawiaturę juniorom i kazali bardziej doświadczonym HRowcom wziąć się do roboty). Znikają kilometrowe opisy „o nas”, nagrody, wyróżnienia i statuetki (te najdumniejsze – zdobyte cholernie ciężką pracą, ale też te – zapłacone i dla reszty świata – nic nie warte). Wymagania stają się konkretne, treść bardziej merytoryczna i zwięzła, a zwroty typu „Ninja Social Media” czy „Superman sprzedaży” – znikają. Czyżby szefowie tych firm wreszcie zrozumieli, że ludzie się z nich śmiali, zamiast aplikować?

Wśród tysięcy ogłoszeń, poszukujących (wiadomo) ludzi ”na już”, jest pewna grupa, której zdzierżyć nie mogę: są w niej ogłoszenia pisane na „odwal się”, zerżnięte od innych (bo umiejętności samodzielnego pisania, zastąpiła technologia kopiuj-wklej). No i oczywiście te najwybitniejsze, pisane „poezją szefa”, któremu ciężko oddać władzę i odpowiedzialność za treści puszczane w świat, komuś starszemu stażem i doświadczeniem w robocie HRowej.

Bo jak inaczej wytłumaczyć opisy stanowisk i wymagania, na które tylko bogowie greccy, Tony Stark z Iron Mana i Jason Bourne mogliby aplikować? Rzućmy okiem:

 
Dyr. ds. controllingu (woj. pomorskie)

“Oczekiwania

Silna orientacja biznesowa połączona ze zdolnością rozumienia procesów transformacji oraz gotowością optymalizacji wyników finansowych i podnoszenia efektywności działań”

Już widzę oczyma wyobraźni, jak prezes woła Anię, Juniora z HRu do swojego biura i niczym Wojciech Mann do Konsultanta w skeczu o reklamie:

– „Pani Aniu, Pani siądzie i pisze. Pani się uczy: Szukamy osoby o silnej orientacji biznesowej połączonej ze zdolnością rozumienia…”

( a ona pisze, przejęta że sienkiewiczowskie piękno słów prezesa idealnie odda wszystkie zalety i magię tego stanowiska, a tłum kandydatów już od 7 rano przed bramą będzie czekać na prezentację swojej motywacji i umiejętności).

– „A teraz proszę w tydzień czasu znaleźć taką osobę i przesłać CV do mnie”.

Przejęta Ania nie czyni inaczej – wraca do biurka, przepisuje i postuje. Bo choć jej obowiązkiem jest zadbać o dobre zrozumienie roli, profilu i pokazać światu stanowisko „nie do odrzucenia” – nie potrafi dopytać, co to tak naprawdę znaczy? Może nie chce? A jednak publikuje.

Tak czy owak dzieje się to, co stać się musi: 

Po tygodniu prezes prosi Anię o pokazanie kandydatów. Prosić może… Nie zobaczy.

 

Account Manager (agencja rekrutacyjna)

* Outstanding communication and interpersonal skills;

* Rapid acquisition of knowledge in the field of the product offered;

* Aptitude in networking and building relationships;

* Excellent time and project management skills;

* Ability to prioritise and meet critical deadlines;

* Problem-solving and negotiation aptitude;
 

 

Już po samym przeczytaniu powyższych wymagań, tętno skacze jak po dobrym cardio na siłowni z rana. Wybitne, critical, znakomite.. boże! Brzmi jak ogłoszenie na generała, agenta do ABW lub kolejnego bohatera Marvela, a nie pracownika podwarszawskiej firmy. O ile wszyscy możemy się domyślać, co autor miał na myśli, o tyle na odległość czuć atmosferę „do it! Teraz!”. Idę o zakład, że szukają nie dlatego że komuś podziękowali, ale ktoś im faka pokazał. 

I jestem się w stanie założyć, że żaden (normalny) człowiek nie popełni w swoim CV deklaracji „wybitnej zajebistości” w żadnej dziedzinie. Nawet jeśli ma naście lat doświadczenia w jakimś temacie, naturalna pokora i niechęć pozostawienia po sobie wrażenia przerośniętego ego, nie pozwoli nikomu mentalnie dotknąć szczytu kompetencji. 

 
Mój nr jeden w tym tygodniu:

Pricing Coordinator (Warszawa)

(Jedna z kropek); Doskonałe umiejętności interpersonalne z możliwością efektywnej interakcji na różnych grupach funkcyjnych i poziomach hierarchicznych

Doskonałe? Czyli jakie? Problem z tym użyciem tego słowa w ogłoszeniu jest taki, że nikt z czytających nie wie, co ono oznacza. Kto i jak będzie  egzaminował? A jak odróżni od bardzo dobrej? Gdybym był HRowcem w tej firmie, płonąbym ze wstydu jak ognisko w nocy na sopockiej plaży. Ja się zastanawiam, jak można wpaść na takie zdanie?

 
A po stronie marchewki?

Tu już takich brylantów języka polskiego, próżno szukać. Nuda:

  • Atrakcyjny pakiet wynagrodzenia.
  • Elastyczny czas pracy, możliwość pracy zdalnej.
  • Praca oraz możliwości rozwoju w międzynarodowej organizacji.

lub dla równowagi po angielsku:

Our Client offers stable employment conditions, the opportunity to develop in an international environment. 

 
Jeśli chcesz aby na Twoje ogłoszenia aplikowały właściwe osoby: 

  • Pisz jak do ludzi, nie do siebie. Być może szef poklepie Cię po ramieniu za stworzenie pięknego zawiłego ogłoszenia, ale im prościej, konkretniej i krócej, tym lepiej.
  • Oferujesz „atrakcyjny pakiet wynagrodzenia?”, to napisz po ludzku: podstawa+bonus\premie kwartalne\system prowizyjny\nagrody roczne.  Trudne?
  • Nie pisz „oferujemy szansę rozwoju” – napisz czego ktoś się nauczy i jaka czeka go/ją ścieżka kariery,
  • Poproś szefa działu dla którego szukasz, żeby przeczytał to co stworzysz i powiedział, jak je zrozumiał, czego brakuje i co napisać inaczej. 
  • Nie oczekuj „wybitnych i wyśmienitych” umiejętności, gwarantuję Ci że te ”bardzo dobre” też Ci wystarczą.
  • Nie opływaj w swej zajebistości, liderowaniu na rynku, nagrodach i wyróżnieniach – pokaż co Twoi ludzie u Ciebie osiągają, czego się uczą, kim dzięki Tobie zawodowo zostają.
  • Nie oferuj niekorporacyjnej atmosfery, jeśli na spotkaniach rekrutacyjnych organizujesz policyjne przesłuchania. Masz takie same szanse być wybranym przez kandydata, jak on/a przez Ciebie.
  • Nie oszczędzaj pióra w sekcji oferujemy. Jeśli jedyne co masz to piwne czwartki albo owoce raz w tygodniu, zrób ankietę wśród ludzi, co cenią w Twojej firmie najbardziej i napisz tę sekcję ich słowami.

 …a Ty szefie szefów, sprawdź czy przypadkiem pod Twoim szyldem nie latają w Internecie takie bzdurne ogłoszenia. Żeby później nie było, że nie miałeś zielonego pojęcia..  I nie szukaj ideału, bo Twoja firma idealna nie jest..

P.S: Imiona: przypadkowe.

P.S. 2: Przytoczone przykłady: prawdziwe

P.S.3: Jeśli czujesz że Twój dział HR powinien przeczytać ten artykuł – wyszeruj lub kliknij 👍

Nawiedzony, wynocha z moich znajomych!

Parę ładnych lat minęło, odkąd wprowadził się do Polski zawodowy zwyczaj posiadania konta na Linkedinie. Modnie mieć teraz wpisane obok nazwiska: CEO, Vice-President, Director, Mentor, ale pod płaszczem tych nic nie znaczących dla reszty Twoich pseudo znajomych – nazw łechtających tylko i wyłącznie Twoje ego – zachowanie niektórych ludzi na tym biznesowym portalu, zwłaszcza z takimi stanowiskami – zakrawa o paragraf. Bo tak jak na ulicy możesz spotkać „kolorowego ptaka” (odzieżowo lub mentalnie) – tak samo nawiedzonych idiotów ubranych w zawodowe pagony, w biznesowych społecznościach, nie brakuje.

Obserwując zachowania ludzi którzy się na LinkedINie „wypowiadają”, coraz częściej mam ochotę skasować konto. Ale nie mogę…Bez niego trudno byłoby mi robić swoją robotę. Udało mi się więc znaleźć trochę czasu na przejrzenie mojej listy kontaktów, na której – jak się okazało – mam więcej ludzi, których nigdy na oczy nie widziałem i z którymi nie rozmawiałem. Skasowałem w pierwszej kolejności wszystkich lansujących się kołczów biznesu, którzy choć są tacy światli i obdarzeni darem krasomówstwa, nigdy własnego biznesu rozwinąć poza jednoosobową działalność -nie potrafili. W dalszej kolejności pousuwałem ludzi, z którymi nigdy 2 zdań nie zamieniłem, a w skrzynce nie mam ani on nich- ani oni ode mnie, żadnej wiadomości. 

Zrobiłem to perfidnie, z ogromną satysfakcją po tym jak naoglądałem się, jak Ci VP managerowie, ewangeliści, wizjonerzy i kołczowie wrzucali w swoich postach sentencje jakiś “mistrzów” polskiego biznesu, w stylu:


„Nie zdobędziesz pieniędzy, jak nie będziesz ciężko pracować”

„Każdy kolejny dzień przybliża Cię do sukcesu”

„nie pędź tak, odpocznij, pieniądze to nie wszystko”

Really?? Ja się pytam, gdzie się kupuje ludzi, którzy to lajkują, biją brawo i piszą:


“Łooo, szacun! Mądre słowa!”

„zmieniłeś moje życie!”

„Pięknie powiedziane”

Oczywiście pytam retorycznie – wszyscy wiemy..tam gdzie chcesz zarobić pieniądze! Tam, gdzie na konferencji spotka się dwóch typów co wzajemnie cyklicznie „polubiają” swoje posty i jeden drugiemu próbuje coś wcisnąć. 

Tam gdzie junior ściga dyrektora o podpisanie umowy i w ten sposób myśli że mu zaimponuje i wkupi w kieszeń.

Tam gdzie wartość znajomości i pragnienie bycia poleconym, ginie w zakłamanej treści wiadomości o „gratulacjach i podziwie”.


Parzą mnie łzy bezsilności, gdy widzę tych moich znajomych, kumpli i dziewczyny, z którymi się znam, lubię i szanuję – naprawdę wykształconych i mądrych ludzi, którzy tępo przyklaskują tym patologicznym postom. Smutne to ale prawdziwe, bo nie widziałem jeszcze napisanego przez tych mistrzów cudzego słowa motywacyjnego i wirtuozów jazdy na cudzym grzbiecie – własnego tekstu (choć specjalistami od copy-pase są wielkimi). To trudne, przejść na drugą stronę weneckiego lustra społecznego i wystawić się ludziom na ocenę wiarygodnością własnych spostrzeżeń – coś o tym wiem, bo w obecnych czasach krytyka jest pierwszą muzą czytelnika. 

Chce aby tacy właśnie ludzie, klakierzy Linkedinowi trzymali się z dala od mojego profilu, nawet jeśli chcą mi w jakiś magiczny sposób pomóc. Ja im nie pomogę. Zapraszają? Podziękuję i zachowam to miejsce dla kogoś o większej selektywności publikacji biznesowych.

Współczuję jednocześnie wszystkim prawdziwym i pomocnym coachom biznesu i zdrowia, którzy cholernie ciężko pracowali, aby być tam gdzie są i faktycznie pomagać tym, którzy chcą im zaufać – to na nich spada ciężar całego syfu, który Ci wieszcze biznesowi produkują.


Wiem że wam też ich posty wyświetlają. Nie dajcie się zwariować.

Nie bijcie braw ludziom, którzy dzięki wam budują zasięgi swoim „mądrościom”- nic dla nich nie znaczycie, a wasze „ochy i achy” są wodą na młyn ich ego.

Nie dajcie się złapać na osobiste historie, że ktoś jest DDA, odkrył boga na nowo lub ma ciężko w życiu – oni nie piszą tego bo was lubią – powiększają sobie zasięgi, bo chwytliwy tytuł i wstęp zrobi robotę. Przestańcie współczuć ludziom, którzy na swojej prywacie budują swój profesjonalizm. Jak każdy z was, też mam swoje problemy, ale nie zarabiam nimi na życie.


Więc jeśli chcesz dobrze wypaść zapraszając kogoś do kontaktów, poniżej wrzucam kilka lepszych wskazówek, dotyczących nawiązywania znajomości:

Jeśli masz  do kogoś interes, nie wysyłaj pustego zaproszenia. Napisz w zaproszeniu, o co Ci chodzi – najprędzej dowiesz się czy odbiorca odwzajemni Ci się przyjęciem zaproszenia, czy nie przyjmując go powie Ci że ma Cię gdzieś.

Nie pisz „zapraszam do grona znajomych” człowiekowi, któremu chcesz coś sprzedać. On po Twoim profilu będzie wiedział czego tak naprawde chcesz, więc nie ściemniaj.

Nie pisz „zapraszam do obserwowania mojego profilu” bo śmiechu odbiorcy nie zobaczysz, tak jak odwzajemnienia Twojej chęci. 


Napisz po co chcesz nawiązać kontakt. Po prostu. Szczerze. 

Odchodzę

Pracę zmienić jest bardzo łatwo – wystarczy chcieć i zrobić krok więcej niż tylko wysłać ogłoszenie. Ale zmienić na taką, w której zostaniesz dłużej niż rok – to mega sztuka. Więc zanim sprzedasz duszę diabłu za kilka stów więcej, będziesz mieć medicover zamiast luxmedu i miejsce parkingowe pod biurem za free – upewnij się że nie palisz mostu, na którym nadal stoisz. Bo Ciebie zaboli najbardziej.

Tak mi się życie ułożyło, że nigdy z roboty nie uciekałem – nie musiałem kłamać że „nie rozwijam się” czy „dostałem lepszą propozycję”. Większość firm do których trafiłem, ugościła mnie na tyle rozsądnie długim okresem, żebym mógł pokazać co potrafię i nauczyć się wystarczająco dużo, aby starać się szukać czegoś nowego..

Ale nie o mnie tu dzisiaj będzie. A o tych wszystkich was, co mylicie odwagę z głupotą..

Zacznijmy klasykiem: 

Niezaprzeczalnym zwycięzcą w rzucaniu papierami dla mnie jest gość, który swojemu szefowi przesłał skan wypowiedzenia (w dodatku ..podpisany) mailem. I gdyby szefa nie było w pracy, to jeszcze bym zrozumiał – może się chłopakowi spieszyło…Zgrozo..jego szef siedział na przeciwko!! Ale fakt – spieszyło mu się, bo po tym – spakował się i wyszedł. Nie wrócił.

Pomyślisz …naciągany żart! Heh, też bym tak pomyślał – gdyby mnie tam nie było! I mógłbym rozpisywać się o formach składania wypowiedzenia, komentarzach i personalnych epitetach towarzyszących ludziom w takich chwilach, lecz czy nie fajniej byłoby wreszcie wejść na stół jak Jarek na taboret przed pałacem i opierdolić was, drodzy rezygnujący z pracy, za bezczelność, dziecinne zachowania rzyganiem rtęcią na prawo i lewo, a zwłaszcza za brak rozmowy, że coś jest nie tak?

Ale po kolei:

Przychodzi taki dzień w pracy, gdy odbierasz telefon i słyszysz „gratulujemy wygrane rekrutacji – zapraszamy do nas!”. To, co dzieje się z człowiekiem po usłyszeniu w/w słów -opisali sami spytani:  „ulgę, że mogę stąd uciec”. I to jest spoko, bo każdy ma prawo czuć satysfakcję z podjęcia kolejnej zawodowej decyzji. Ale to w jaki sposób ludzie rozstają się ze swoimi obowiązkami, ludźmi z którymi spędzają połowę czasu i forma -to już nie jest OK. Mało tego – o tym mało się czyta w branżowych wypocinach. Pewnie że bardziej sexy jest nakręcanie ludzi na zmianę pracy (bo przecież gołym okiem widać że firmy przepłacają sobie ludzi nawzajem), ale chciałbym gdzieś przeczytać, jak pozostawiać sobie dobre wrażenie – zamiast jedynie robić je na rozmowie o pracę.

Każdemu życzę, żeby zmienił pracę na taką, w której zostanie. Ile? Tyle ile będzie Ci ona sprawiała satysfakcję i kasa będzie się zgadzać..hehe.

A co potem? Co jeśli to się skończy? No właśnie..

Dziś, siedząc po stronie firmy widzę, jak łatwo przychodzi ludziom rzucenie papierem. Nie mówię, że nie walczysz w głowie, nie rozmawiasz w domu i nie słuchasz znajomych. Mało jest osób, które są w stanie przyjść do swojego szefa i powiedzieć, że coś nie gra. Nie jest sztuką wyjść i pierdolnąć drzwiami – to potrafi każde dziecko, ale 

Nie chcę się wypowiadać za większość lub wszystkich, ale myślę że dopóki masz otwarty dialog z szefem – zanim zdecydujesz się położyć papier – idź i pogadaj. Pewnie będą emocje, płacz czy łzy, polecą ze trzy kurwy – ale jeśli nie masz szefa idioty – zrozumie że Ci cholernie zależy, a nie że chcesz się po prostu wyrzygać.

  • A co jeśli nie mam?
  • …..

To trochę jak w związku – nie przyjdziesz i nie powiesz z dnia na dzień „ej, odchodzę”, spakuje. To niemoralne. Wiadomo, jak Ci zależy, to choćby nawarstwiło Ci się milion bzdur które urosły do ósmej potęgi i sprawiły że „inaczej się nie da” – przyjdziesz i pogadasz – czemu? bo Ci zależy, bo chcesz żeby druga połówka zrozumiała gdzie leży problem,itp.  Jak nie nie reaguje – zaczniesz mówić „głośniej”. A jeśli nie usłyszy – odejdziesz – tak mi się przynajmniej wydaje, że jest najuczciwiej.

A w pracy? 

Tu jak widać nie mamy skrupułów. Tu nie potrzebujemy się aż tak starać. Bo niby po co?

Tu płacą nam za robotę i jak nam nie pasuje to radź sobie pracodawco beze mnie. Ktoś inny wykupi mój czas i będzie bardziej. Wszystko będzie lepsze!

I tak sobie myślę, po co wam, drodzy pracownicy, szkolenia z komunikacji (której podobno wszystkim zawsze brakuje), korporacyjnego „feedbacku” – skoro na koniec dnia i tak każdy boi się przyjść i powiedzieć co nie gra. Większość ludzi których spotykam wychodzi z założenie że nie warto, bo jeszcze zwolnią mnie pierwszego.A poza tym nikomu nie muszę się tłumaczyć. 

Chcesz zmienić pracę na lepszą?

 

Umów się na 15-minutową, bezpłatną analizę swojego CV i przygotuj się do rekrutacji lepiej niż inni!  

K jak Kandydaci, co czasu potrzebowali…

Wysyłamy swoje CV na najróżniejsze oferty pracy. Przychodzi taki moment, że już nawet nie czytamy zakresu obowiązków. Patrzymy jedynie na nazwę stanowiska. Pasuje? Pasuje! To leć w świat moje cudowne CV, może akurat będę miał szczęście i zadzwonią.

Continue reading