Równi, równiejsi oraz ci, co już się nie liczą.

Witajcie moi stali i nowi czytelnicy, Specjaliści, Managerowie, Dyrektorzy, niespełnieni szukający pracy i szczęśliwcy posiadający wymarzone stanowiska. Myślę, że dziś czeka Cię dość szczera lektura, do której pisania już kilka razy podchodziłem. Bezskutecznie. Jak pies do jeża. Skradałem się nieśmiało, wąchałem z każdej strony, ale instynkt samozachowawczy wygrywał i wewnętrzny wrzask emocji strachu rodem z „Inside out” krzyczał „zostaw!”

Chyba dzięki ostatnim obserwacjom i wszechobecnej hucpie, w temacie ujawniania stawek w ogłoszeniach o pracę, stwierdziłem „fuck it!”. Anton Ego w Ratatuju powiedział: (..)Lubujemy się w recenzjach negatywnych, bo ich pisanie i lektura dają najwięcej przyjemności(..)” – ja tym razem postaram się nie być krytyczny względem firm, ogłoszeń czy głupich pomysłów, lecz na ile mi mój przegrzany (wyniosłymi dyskusjami ekspertów o podawaniu wynagrodzeń w ogłoszeniach) procesor pozwoli, podzielę się swoimi spostrzeżeniami w tym nakręconym temacie. 

Korespondencyjna walka o kandydata nabrała tempa odkąd w branży IT właściciele firm zaczęli budzić się zlani potem, zdając sobie sprawę że liczba deweloperów (nie, nie tych budowlanych) dostępnych na rynku versus wakaty do obsadzenia – jest kosmicznie mała. No więc jakiś mądry stwierdził (słusznie), że wpisze w treści oferty, ile jest skłonny zapłacić kandydatowi którego zatrudni – może dzięki temu wreszcie zaaplikuje ktoś wartościowy? Jak piszą ostatnio marketerzy w swoich reklamach “inni właściciele go znienawidzili! Znalazł złoty sposób na rekrutację”. I co zrobili pozostali? To samo, tylko że dawali więcej. I więcej. Bo w końcu kto bogatszemu zabroni podbić ofertę? I tak oto rynek pracy w stanowiskach IT stał się licytacją bez opanowania, gdzie na drugi plan odeszła motywacja do zmiany kandydata, jego rozwój, a nawet referencje od byłego pracodawcy czy kompetencje społeczne. I tak jak kichnięciem w tramwaju (zwłaszcza teraz) zwrócisz na siebie uwagę wszystkich podróżujących, tak w tych sektorach, gdzie deficyt ludzi do pracy rządzi, nie ma firmy, która patrząc na konkurencję nie pokusi się dać “tysiaczka” więcej. Kapitalizm.

 

Rynek sobie, a ogłoszenia sobie..

 

Po pierwsze: widełki w ogłoszeniach nie mają NIC wspólnego z realnym wynagrodzeniem na stanowisku, do którego się odnoszą. Są jedynie PRową zagrywką firm w potrzebie, a ta, która zaoferuje mniej lub spóźni się z ofertą – traci okazję zatrudnienia “perły”.

Po drugie: smutna prawda jest taka, że programiści mają gdzieś wasze widełki. Wiedzą, że zapłacicie więcej niż piszecie. A jako że średnio w skrzynce wiadomości na LinkediN każdy z nich od 2 do 5 ofert tygodniowo – procesy rekrutacyjne w ich przypadku trwają nie dłużej niż kilka dni. Tydzień to w tej branży to wieczność.

Popatrzmy na inne branże i firmy szukające do działów Sprzedaży i Marketingu. Tu już nie ma tylu chętnych do rozpisywania się i prześcigania w kwotach. Tu zwrot ” atrakcyjne wynagrodzenie” jest mierzone najśmielszymi wyobrażeniami i marzeniami naiwnych, bo bez względu na doświadczenie, wykształcenie, umiejętności – tu reguła jest prosta – bierz i się ciesz, lub szukaj dalej. Jesteście kumaci więc domyślacie się dlaczego. Tu nie trzeba walczyć o kandydata – tu na ogłoszenie lub posta LinkedINowego odpowie kilka(dziesiąt) osób. A paradoksalnie dobrego handlowca jest znaleźć dużo trudniej, niż developera. Jeszcze chwilę, a wreszcie rynek zrozumie, że ktoś musi sprzedać to co IT napisało. Wierzę, że gdy minie ten wyścig zbrojeń w IT (obstawiam jakieś max 4 lata), gdy narzędzia “no code” zaczną rozpychać się na rynku i zabierać im miejsca pracy, gdy aplikacje głosowe zastąpią te klikane -wróci pokora i rzeczywista wycena pracy.

Wracając..w jakiejkolwiek branży pracujesz – przypomnij sobie czy biorąc udział w jakiejś rekrutacji, udało Ci się oficjalnie dowiedzieć ile dostaniesz, jeśli wygrasz wyścig z innymi kandydatami? Polaryzacja jest zawsze odwrotna. To Ty musisz powiedzieć, ile chcesz zarabiać. I jeśli nie jesteś pilotem lub prawnikiem, który wygrywa wszystkie sprawy kredytobiorców frankowych – jesteś na straconej pozycji i na koniec dnia zaakceptujesz tyle, ile Ci dadzą lub będziesz szukać dalej.

Więc jeśli oczekujesz, że od jutra wszystkie firmy z uśmiechem będą publikować wynagrodzenie w treści ogłoszeń- nie łudź się –  nie zrobią tego (choć wszyscy wiemy, że cokolwiek napiszą, będzie mijało się z prawdą – kto im w Excela z wynagrodzeniami zajrzy? Kto ma prawo sprawdzić czy blefują?). Zawsze znajdą się osoby z HRu, które dostaną polecenie negocjacji stawki z kandydatem (bo przecież od początku było wiadomo że kwota MAX była tylko na pokaz), lub osoby wewnątrz tej organizacji, które na taką informację zareagują chęcią renegocjacji własnego wynagrodzenia. Po co więc wywoływać gównoburzę?

Jeśli to się jakimś cudem wydarzy, to my pracownicy – wpadniemy w wir wzajemnej nienawiści. Bez głębszego zrozumienia, zderzymy jedynie kwotę naszej wypłaty z wynagrodzeniem kolegi z biurka obok. W porze obiadowej, chcąc zrozumieć dlaczego zarabiamy mniej z tym samym zakresem obowiązków, będziemy (już w samotności) spożywać każdy kolejny posiłek, uciekając myślami w aplikowanie na kolejne ogłoszenia, kojąc swoje zawodowe ego ucieczką w nieznane. 

Więc niczym Jack Sparrow stając do walki z krakenem – godzimy się z losem, bierzemy ile dają i z podniesionym czołem (choć bez wewnętrznej akceptacji), wpisujemy na LinkedIn kolejną pracę lub (jak mądrzejsi i wytrwalsi) uczymy się programować. Przynajmniej gratulacje naszego towarzystwa wzajemnej adoracji chwilowo ukoją sumienie.