face-1468274_1280

Obiecałem sobie przy zakładaniu bloga..

.. że będzie on mówił prawdę. Nawet, jeśli będzie gorzka, niesympatyczna i wulgarna. Kto nie rzucił przysłowiową „kurwą” w pracy (obojętne, w myślach bo mu rekrutacja nie poszła, bo mu target nie idzie, bo przeżył epicki weekend na Mazurach, czy w kuchennej rozmowie o sobotnim melanżu –  niech podniesie temat, bo uważam, że nie ma nic bardziej szczerego w pracy, niż bycie sobą). A ja tak mam.

Blog ten nie jest dla ludzi bez dystansu do siebie i innych

Nie wyrażam tu poglądów wartych szerszej publikacji czy rozgłosu – nie na tym mi zależy. Cieszę się, że zaczynając od przysłowiowego zera, i (może) mając kilku stałych czytelników, którym chęć zapoznania się z inną opinią odpłaci alternatywnym spojrzeniem na tą samą rzeczywistość – będę mógł podpowiedzieć to i owo, o zachowaniu przed-w trakcie-i po procesie rekrutacyjnym. Oczywiście, nie bez konsekwencji, mogę opowiedzieć wam o świecie, którego nie zobaczycie wychodząc ze spotkania rekrutacyjnego. Świata tak cholernie hermetycznego w wyrażaniu opinii i dzieleniu się doświadczeniami.
 I wolę być na końcu, wśród tych „głupich”, niż choćby pomyśleć, jak część dzisiejszych wieszczy społecznościowych, przekonanych , że ich wypowiedzi są jedyne , najmądrzejsze w swoim rodzaju”.
Dziesiątki osób pisze artykuł „5 rad jak dobrze zaprezentować się na rozmowie”, „ Czego nie mówić na spotkaniu rekrutacyjnym”. Szanuje ich wypowiedzi. Są poprawnie politycznie, lecz brakuje w nich smaku nowości i szczypty przekory, zadawania niewygodnych pytań i dawania niestandardowych odpowiedzi, których nie jedna osoba, idąca na rozmowę – oczekuje.

Nie jestem mentorem, kołczem, certyfikowanym trenerem etc.

Jestem praktykiem i dzielę się z Tobą swoim doświadczeniem. Nie dam Ci gotowych rozwiązań. Pokażę Ci mój świat, pełen problemów, płynnej rzeczywistości, oczekiwań i rozczarowań, małych sukcesów o wielkiej wartości i wielkich porażek, o których ciężko zapomnieć
Więc, jeśli chcesz czytać dalej, bądź świadom/a, że nie piszę o Tobie konkretnie, nie obrażam Cię i nie słodzę, lecz piszę o swoich przygodach zawodowych, doświadczeniach i przestrogach. Jeśli choć jedna osoba wyjdzie dzięki temu ze sztampy zachowań i odpowiedzi, złamie kanon sztuczności i będzie chciała być sobą na spotkaniu, chętnie złapię się na piwo i posłucham co pomogło, a w czym nie mam racji.
Może coś z nich dla siebie wyciągniesz 🙂 Miłej lektury!

Dla wielu osób branża HR jest tzw. „profesjonalna”

I choć stronię od osób „ą” i „ę”, tych, których ego jest wyżej niż ich umiejętności, a nosy mają na przysłowiowym „pierwszym piętrze”-  niestety rynek zalany jest takimi zachowaniami. Na każdym stanowisku. W każdej branży. Wiele osób za profesjonalizm uznaje brak okazywania emocji, poprawność polityczną i sztuczność w nawiązywaniu relacji (rozumianą jako łechtanie się „o jakie fajne macie biuro”, oraz „nie miał Pan problemów z dotarciem do nas?”). Chcę wam pokazywać „drugą stronę lustra”, której większość ludzi, was – kandydatów, którzy przychodzą na rozmowy, nie jest stanie zobaczyć.

Najbardziej ze wszystkich rekrutacji, nie lubię tych do HRu

Na samą myśl o rozpoczęciu procesu, robi mi się słabo i mam czarne myśli. Dlaczego? Przeżyłem i przeprowadziłem chyba ze 30 rekrutacji na stanowisko do w/w działu, i każdy proces był męczarnią. Odsetek zmanierowanych HRówek, odpowiadających w sposób godny poprawności policyjno-politycznej, jest przeważający. No właśnie, jako że tę branżę zdominowała płeć piękna, pozwólcie, że w dalszej części będę mówił o „kandydatkach”.

 No więc uwaga

W poniedziałek ok. 9 rano wystawiam ogłoszenie na Senior HR Specialist. W opisie stanowiska wymieniam zakres obowiązków. W dużym skrócie: rekrutowanie ludzi, on-boarding, podpisywanie umów, benefity i parę codzienniej „bieżączki” związanej z ogarnięciem spraw ludzi, pracujących w biurze.
Mam 2 priorytety, w każdych poszukiwaniach. Kompetencje, których szukam, niestety nie da się wpisać w CV, a można je wybadać jedynie w rozmowie tel. lub na spotkaniu. Kumatość i chciejstwo. Całą resztę nauczę i wytłumaczę. Nie mam problemu, aby podzielić się doświadczeniem, ale przyswajanie wiedzy i przedsiębiorczość, są dla mnie kluczem. W każdej rekrutacji.
W cuda nie wierzę..
..więc wiem że, nie dostanę z ogłoszenia CV osoby, zero-jedynkowo spełniającej kryteria. Takowej też, nie szukam. Wiem, że muszę dać obszar do tzw.rozwoju, żeby za pół roku nie znaleźć w skrzynce maila pt.”znudziło mi się, szukam wyzwań gdzieś indziej”.
Zaufaniem obdarzam na początku. W stu procentach. Nie proszę, aby ktoś na nie zapracował. Proszę jedynie, aby nie dał mi powodu do odebrania go.
 Nie mijają 3 godziny i już mam 30 aplikacji
Powiesz „wow! to super”. No, powiem Ci, nie do końca.
Jak wystawiasz ogłoszenie do HRu, zawsze masz fajny spływ kandydatów. Niestety nie wszyscy się nadają, nie każdy doczyta zakres obowiązków, a są też tacy co z Kierownika Budowy nagle chcą się przekwalifikować na HR. Sorry. Nie u mnie.

Pierwsza grupa kandydatów, chyba po pijaku klikała „aplikuj”

Patrzę na obecnie zajmowane stanowiska: HR Manager, HR Business Partner, HR Director, Manager HR. Patrze na obecny zakres obowiązków: tworzenie strategii,wizji i misji działu HR zarządzanie zespołem, projektowanie innowacyjnych rozwiązań strategicznych. Jednym słowem: grubo.
Oczekiwania finansowe? Średnio ponad 12 tysięcy na rękę. No to ja się teraz pytam. Po co takie osoby wysyłają aplikacje na stanowiska? Kto zatrudni osobę z poziomu zarządczego na stanowisko specjalistyczne? Mało tego, kto płaci tyle kasy na takim stanowisku? (łapka w górę, znam parę osób chętnych! hehe)

Drugą grupę zdominowały asystentki

Prezesa, dyrektora sprzedaży, marketingu, biura – co chcesz, co wymyślisz, masz- czym Warszawa bogata! W tej grupie kandydatek, najbardziej w CV w oczy rzuca się – zdjęcie! Zawsze, ale to zawsze – zajmuje za dużo miejsca (ja wiem, że one to robią specjalnie). A na nim kto? Pseudo-modelka jak z programu Top-Model, z dziubkiem, rozpuszczonym włosem na pół twarzy i wzrokiem goniącym za rozumem. Rzućmy okiem na zakres obowiązków i doświadczenie: umawianie spotkań przełożonemu, nadzorowanie kalendarza, parzenie kawy, marketing (no proszę). Chyba jestem na nie.
I pytam się ponownie: skoro jest jasno nakreślony zakres obowiązków, skoro profil obecnego stanowiska ni jak się nie ma do opisanego w ogłoszeniu – to co powoduje chęć aplikacji?

W końcu, trzecia grupa: ci, na których aplikacje czekałem

Specjaliści. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Junior, senior – nieważne. Osoby na zbliżonych stanowiskach, z podobnym zakresem obowiązków oraz rozsądnymi oczekiwaniami finansowymi (choć to kwestia wtórna). Bardzo cenię sobie doświadczenie zdobyte w firmach doradztwa personalnego. Sam pracowałem to wiem, że to nie jest praca marzeń. Szacun dla ludzi, którzy wyciągają pracowników z firmy X do Y, budują z nimi relację, przesyłają rekomendację do klienta, ten spotyka się z kandydatem, a ten (w częstym przypadku) zraża kandydata do siebie lub oznajmia, że „nie bo nie”. Robota idzie w gwizdek. W najlepszym przypadku informuje, znaleźli kogoś lepszego – i tyle było z nadziei realizacji targetu. Ale ile razy namęczysz się, posiedzisz wieczorami, odpisując do potencjalnych dobrych kandydatów, a klient pisze Ci, że „po prostu rozmyślił się po miesiącu poszukiwań i znalazł osobę wewnątrz”. Niewdzięczna robota. Wiem, że warto z takich miejsc brać ludzi do wew. HRu. Pracowitość gwarantowana.
Wybieram 3 osoby z pośród już ponad 60ciu, które podesłały swoje CV.
Kandydatka 1: Pracuje obecnie w firmie doradztwa personalnego. Chce zmienić bo obecnie robi tylko rekrutacje, a zależy jej na przejściu do wewnętrznego działu HR. Na pytanie „Gdzie szukałabyś ludzi do działu obsługi klienta (ważne, żeby kandydaci biegle mówili po angielsku), którzy pracowali by z klientami z krajów anglojęzycznych, w odpowiedzi słyszę:
  • Wystawiłabym ogłoszenie i czekałabym na aplikacje
  • No dobrze, a jeśli w przeciągu 2 tygodni nie podesłałby się nikt warty uwagi?(licząc na chęć poszukiwań na GL lub LI)
  • No to nie wiem….chyba powiesiłabym następne..
Patrzę w CV: kreatywność, doświadczenie w poszukiwaniu kandydatów metodą bezpośrednią, myślenie „out of the box”
Sprawdziło się, przynajmniej pierwsze słowo. Ślicznie ubarwiła CV.
Kandydatka 2: Specjalistka w wewnętrznym HR. Po pierwszym telefonicznym kontakcie ustawiamy spotkanie. Termin spoko, pasował nam obojgu. Oczekiwania finansowe mieszczą się w budżecie. Nie przyjechała na spotkanie, nie odwołała, nie dała znaku, że coś jej wypadło i musi przełożyć. A miałem nadzieję, że takie cuda, wśród ludzi w branży HR się nie zdarzają.
Kandydatka 3: Mówi na spotkaniu „o moją motywację nie musisz się obawiać, chcę zmienić pracę, zależy mi na nowym doświadczeniu. Chcę się rozwijać i widzę, że u was mam szansę. Macie fajną firmę, ludzie wyglądają na normalnych, czuję że to może być miejsce dla mnie”.
Przekonała mnie. Doświadczeniem, kreatywnością, podejściem do rozwiązywania problemów i tzw. umiejętnością pracy nad kilkoma projektami na raz (aby nie używać hasła „multi-tasking”)
Dygresja: Pod koniec każdej rozmowy rekrutacyjnej mówię: „Jeśli po naszym spotkaniu stwierdzisz, że „to nie to”, że chciałabyś się wycofać z jakiegoś powodu- proszę – daj znać. Jeśli takiej informacji od Ciebie nie dostanę, przyjmę to, jako chęć dalszego udziału. Ja odezwę się do Ciebie w przeciągu tygodnia, na „tak” czy „na nie”, odpowiedź z pewnością otrzymasz.

Dotrzymując obietnicy, odzywam się i składam ofertę

W odpowiedzi słyszę: „Wiesz Darek, przemyślałam sprawę i niestety rezygnuję z procesu. Chcę wziąć kredyt i czuję że to jeszcze nie czas na zmiany”.
I weź tu się nie wkurwij! Na papierze – wszystko pięknie, przez telefon – „tak, oczywiście, nie ma problemu”. Na spotkaniu słyszę, „nawet od zaraz”. A jak przyszło co do czego, to tylko walnąć się o kant biurka i nauczyć, aby więcej nie wierzyć w deklaracje.

Cytując słowa Antona Ego, ze mojej ulubionej kreskówki „Ratatuj”

My rekruterzy, mamy  łatwe zadanie: Znajdujemy się w uprzywilejowanej pozycji, mogąc z całą surowością i bez konsekwencji, oceniać owoce pracy innych, bo ich ocena (zmienione) i lektura (niestety), dają najwięcej przyjemności. Ale bolesna prawda jest taka, że nasza praca jest warta mniej niż „kuchenne odpadki”, których często dotyczy. Zdarza się czasem, że i HR’owiec (zmienione), musi zaryzykować. Dotyczy to przypadku, gdy dokona jakiegoś odkrycia, i staje w jego obronie. Bo świat często spogląda nieprzychylnie, na nowych artystów i ich dzieła…
I przed takim wyzwaniem właśnie stoję. Zdecydowałem się zaufać osobie, którą finalnie zatrudniłem do swojego zespołu, a czas pokaże, czy wybór był słuszny.
Spodobał Ci się wpis? Podziel się z innymi!Share on FacebookShare on LinkedInShare on Google+Tweet about this on Twitter