pexels-photo-89860

Ogłoszenia kłamią

A nie. Przepraszam, to my jesteśmy naiwni i wolimy wierzyć w te kolorowe bzdury, co to „kopiuj-wklej” firmy kradną od siebie, jeśli tylko jakaś wpadnie na lepszą grafikę,nazwę stanowiska albo dłuższą listę rzeczy, które dostaniesz jak Cię zatrudnią.
Minęły już czasy, gdy w ogłoszeniach czytaliśmy prawdę. Ale po kolei:
W każdym ogłoszeniu jest coś przekoloryzowane. Począwszy od uśmiechniętych zespołów na zdjęciach, kupionych ze stocka za 4,5 pln/szt, przez zakres obowiązków który sugeruje, że będziesz się świetnie bawić i o nic nie martwić, a skończywszy na obietnicach szybkiego rozwoju i imprezy firmowej co 3 miesiące (choć ostatnia odbyła się 2 lata temu i ledwo kto z tego składu wciąż pracuje). Firmom skończyły się pomysły na przyciąganie ludzi w normalny sposób. A może to my nie czytamy już ogłoszeń, które są napisane w „normalny” sposób?

Chucka Norrisa biznesu zatrudnimy!

Jeszcze 10 lat temu, wystarczyło napisać w ogłoszeniu stanowisko po angielsku. Większość treści nie miała więcej niż dwieście słów, bo co bardziej rozumny HR wiedział, że nikt więcej nie przeczyta. Ograniczali używanie pięciokrotnie podrzędnych zdań opisujący zakres obowiązków. Zwięźle i na temat mówili wprost „będziesz harować, ale sporo się nauczysz i uczciwie Ci zapłacimy”.
Kto w tamtych czasach nie chciał w swoim życiorysie mieć obco brzmiącej nazwy, najlepiej z „manager” w końcówce. Rodzice dumnie na weselach opowiadali po rodzinie, że ukochane dziecko jako „Team Leader” pracuje, negocjacjami się zajmuje, ma umowę o pracę i świetną prowizję zarabia. A prawda jest taka że dziecko pracowało na słuchawce w call center, wciskając ubezpieczenia czy kredyty, dostając najniższą krajową i max. trzysta złotych prowizji, oczywiście jak target wyrobi.
Kiedyś człowiek pracował po 3-4 lata w jednej firmie, choć były dni lepszej dyspozycji i takie w których człowiek chciał wszystko rzucić w cholerę. I choć dziś mało kto pamięta czasy, w których zadania robiło się jak najszybciej (a nie na asap), rozwiązywało się problemy (a nie fuck-upy), i jedynym portalem społecznościowym było „grono”, to dzięki ludziom którzy dostali w dupę w tamtych czasach a dziś kierują pracą młodych ludzi, nie tracę nadziei, że standardy pracy i zarządzania ludźmi jeszcze istnieją.
Dziś już rzadko kto chce pracować jako account manager, specjalista czy wszelakiej maści „junior”. Nie znajdziesz młodego człowieka, co zaaplikuje „na słuchawki”, będzie chciał popracować w piekarni o 4 rano albo przyjdzie na staż za tysiąc złotych na rękę, nie mając żadnego doświadczenia. Zapomnij! Dziś ludzi ego boli od schylania się po grosz na ulicy. Czasy gdy ciężko trzeba było zapracować na swoje „trzy brutto” minęły. Dziś jeśli firma nie daje umowy o pracę, co tydzień wyjścia na piwo, dwóch dni pracy z domu, owoców co wtorek i możliwości awansu za pół roku, to na skrzynce rekrutacyjnej nie zobaczysz interesujących aplikacji.

Dlaczego? 

Jak to powiedziała kiedyś moja koleżanka „żeby zrobić tak, aby się nie narobić a zarobić”. Chcemy pracować krótko, a zarabiać sowicie. Zależy nam nam na nie przemęczaniu się i siedzeniu na fejsie przez 8 godzin. A skoro to są nasze zawodowe potrzeby, firmy świetnie to wykorzystują, dając nam to, na czym nam zależy. Prawie spełniając swoją obietnicę. Pracodawcy, głównie Ci więksi, gdzie w odświętnym garniaku na rozmowę iść musisz, prześcigają się w wypisywaniu w ogłoszeniach zakresu obowiązków w sposób pół prawdziwy, oraz kolorowania składanych obietnic, zazwyczaj bez pokrycia.
Wszędzie dadzą Ci świetną atmosferę, choć w wymaganiach piszą że masz wyśmienicie radzić sobie w ekstremalnych sytuacjach stresowych. Elastyczne godziny pracy, które oznaczają zawsze to samo: przed osiemnastą nie wyjdziesz. A narzędzia pracy typu laptop i telefon służbowy znaczą tyle, że będziesz zabierać pracę do domu i w sobotę, zamiast nad wodę pojechać i spędzić czas z rodziną – będziesz siedzieć nad Excelem. I choć wiemy jak jest na prawdę, a przynajmniej podejrzewamy, to i tak aplikujemy.

Z jakiego powodu?

Kto z nas zaaplikowałby na ogłoszenie, w którym napisaliby:
  • będziesz szczurem
  • gdy podpiszesz umowę, będziesz numerem dla swojego managera i słupkiem wyniku dla dyrektora
  • będziesz harować po godzinach, bo deadline’y gonią
  • asapy i fakapy to będzie Twój chleb codzienny
  • nie będziesz mieć nic do powiedzenia, a jak zdechniesz lub odejdziesz, to nikt nie zapłacze
Pewnie nikt. A właśnie większość tych „pięknych” obietnic posiadają ogłoszenia, które na co dzień przeglądamy. A i tak wysyłamy CV. Bo trzeba zmienić. Dusimy się w obecnej pracy, tłumaczymy sobie że, nie tak miało być i łudzimy się, że trawa jest bardziej zielona w firmie do której aplikujemy. A prawda jest taka, że po paru miesiącach żałujemy że odeszliśmy.
Oferujemy: co tylko zechcesz 
Kiedyś za prywatną opiekę medyczną ludzie daliby się pokroić. Każdy chciał pracować w firmie która dbała o zdrowie pracowników. Dziś daje to prawie każdy, choć prawie nikt z tego nie ma czasu korzystać.
Multisport? Obowiązkowo! przecież nasza konkurencja już to ma, więc my gorsi być nie możemy. Choć jak rozmawiam z ludźmi to mówią „taa, byłam ze 3 razy ale już mi się nie chce. A skoro dają za darmo, to biorę.”
Dziś? Bez Playstation, piłkarzyków, hamaków, chillout roomu, pełnej lodówki red bulla i płatnego wolnego we wszystkie długie weekendy ściany biura będą świeciły pustkami.
Więc, czy w dzisiejszych czasach na prawdę zależy nam na pracy? Nie oszukujmy się.
Spodobał Ci się wpis? Podziel się z innymi!Share on FacebookShare on LinkedInShare on Google+Tweet about this on Twitter